
Kontakt ze słońcem zwany potocznie opalaniem to nie przypadek. Nie jest również niezbadanym misterium, lecz zjawiskiem fizycznym, w które wyposażyła nas matka natura po to, aby chronić nas przed nadmiarem słońca, którego pewną stałą dawkę potrzebujemy jednak do codziennego zdrowego życia.
Czasy, kiedy to przebywaliśmy cały dzień na dworze uprawiając ziemię, polując czy też zbierając nasiona skończyły się bezpowrotnie. Nasza skóra na przestrzeni tysiącleci wybielała, ponieważ nie eksponowaliśmy jej w sposób ciągły na słońce. Nie przebywamy już tyle na dworze, a tym samym nasz codzienny kontakt z życiodajnym słońcem został mocno ograniczony. Oczywiście sam kontakt ze słońcem nie musi kończyć się brązowieniem naszej skóry. Tak, więc nie trzeba się opalać na brązowo, aby być zdrowym. To, że stajemy się brązowi, to efekt uboczny ekspozycji naszej skóry na słońca i oznacza nie mniej i nie więcej to, że dawka słońca jest już stosunkowo wysoka i zaczyna być niebezpieczna. Do wywołania biopozytywnych efektów oddziaływania promieni UV wystarczy stosunkowo mało słońca, a czas ekspozycji można by porównać z kilkuminutowym opalaniem się w lecie lub długim spacerze porą wiosenno jesienną. Zimą słońca w naszym klimacie mamy zbyt mało, dlatego też część naszego społeczeństwa cierpi na tak zwaną depresję jesienno zimową związaną głównie z niedoborem światła UV. Dla porównania podam, że czas ekspozycji słonecznej potrzebny do wywołania pełnych biopozytywnych efektów w zimie musiałby ze względu na wysokość, z jakiej słońce świeci w zimie wynosić nawet do kilku godzin. Pomimo, że czasopisma kobiece oraz kosmetyczki wypowiadające się na ich łamach od wielu lat głoszą zupełnie coś innego wyniki badań przeprowadzanych przez uniwersytety w Australii, Anglii oraz USA dowodzą to w sposób jednoznaczny i bezdyskusyjny. Propaganda anty słoneczna w Australii doprowadziła do paradoksu polegającego na gigantycznym wzroście poziomu zachorować mieszkańców tego kontynentu na choroby związane pośrednio z niedoborem słońca.