
Media coraz częściej informują nas o wzroście liczby zachorowań na raka skóry. Apelują przy tym w bardzo dziwny sposób do naszego rozsądku. Często demonizując wpływ Słońca, zapominają, że gdyby nie ono, nie byłoby naszej egzystencji na Ziemi.
Nie miałby również na kim powstawać ten wymieniany we wspomnianych przekazach rak skóry. W żadnym, ale to w żadnym wypadku nie chciałbym ujmować powagi i znaczenia problematyce zdrowotnej. Chorobę nowotworową sam uważam za bardzo groźną. Odnoszę się do niej z całą powagą, na jaką zasługuje, zebrała bowiem w XX wieku straszliwe żniwo śmierci. Należę przecież do obdarzonego darem myślenia gatunku homo sapiens, co dziwne - wraz z przedstawicielami wyżej wspomnianych mediów. Z jednej strony dumny jestem ze swej przynależności do tego gatunku, z drugiej zaś czuję bezgraniczny wstyd przed innymi gatunkami żyjącymi pewnie gdzieś w naszej galaktyce, na całe szczęście na tyle inteligentnymi, że nie dają nam znaku o swym istnieniu. W przeciwnym razie spaliłbym się ze wstydu dużo wcześniej i dużo szybciej niż moja skóra w wyniku wrażej działalności słońca. I właśnie o słońcu chcę ciut więcej napisać. A raczej o pewnej nierozłącznej parze, która stać się ma głównym bohaterem tego felietonu. Ta para to człowiek i słońce.
Gatunek ludzki zamieszkujący Ziemię od wiele tysięcy lat przystosował się do życia na jej powierzchni właściwie perfekcyjnie. To nie kwestia przypadku galaktycznego, lecz ewolucji, którą chciałbym w moim słonecznym wywodzie powołać na świadka koronnego procesu. Jest w nim oskarżona niekończąca się głupota ludzka - tak nieskończona jak energia słońca umożliwiającego naszą egzystencję. No właśnie. Gdyby doszło to takiego galaktycznego sądu, to - ku utrapieniu wspomnianych mediów - spojrzano by podczas niego na całokształt problemu nowotworu skóry. Przypadków jego występowania obecnie dziwnym trafem notuje się najwięcej w Australii. Pisze się o nim tak często, ponieważ zbiera żniwo śmierci. A o tym najchętniej w mediach się pisze i mówi, bo fakt ten wydaje się wystarczająco tragiczny i spektakularny, by przyciągnąć uwagę głodnych sensacji, znudzonych romansowymi serialami odbiorców. Efektem procesu, o którym wspomniałem, byłby z pewnością wyrok skazujący, jak przystało na poważną sprawę związaną z zabójstwem wielokrotnym. Za kratki trafiłoby jednak nie Słońce, które Bogu ducha winne świeci sobie od wielu tysiącleci, lecz pierwszy emigrant brytyjski, który kilkaset lat temu znudzony swym zamglonym i zimnym kontynentem wyemigrował do ciepłej i słonecznej, i - wydawałoby się - przyjaznej mu Australii. Niekończąca się mgła, duże opady deszczu i umiejscowienie geograficzne Wysp Brytyjskich sprawiają, że jej odwieczni mieszkańcy należą do grupy ludzi o fototypie I lub w najlepszym wypadku II. Ich bezpośrednie obcowanie ze słońcem raczej nie jest wskazane. Jeśli ci właśnie stosunkowo młodzi (bo cóż znaczy 10 pokoleń w skali tysiącleci ewolucji ludzkiego gatunku) emigranci zamieszkujący dość licznie kontynent australijski myślą, że swym brytyjskim, a może i królewskim pochodzeniem są w stanie zamydlić oczy matce naturze, to są w gigantycznym błędzie. Wiedzieć o tym powinno nawet dziecko, które uważało na lekcjach biologii i geografii. Tam uczono, dlaczego mieszkaniec Afryki jest czarny, a człowiek z kontynentu europejskiego - nie.
No właśnie, dlaczego? To proste pytanie ma tak samo prostą odpowiedź, o której zapominamy czytając odpowiednio spreparowane medialnie informacje o żniwie, jakie zbiera rak skóry w Australii. Zachorowania na nowotwory skóry nie dotyczą oczywiście rdzennej ludności kontynentu, czyli Aborygenów. To problem białych emigrantów przybyłych stosunkowo niedawno z Europy. Ciekawe dlaczego. Przecież owi ciemnoskórzy tubylcy żyją tam dłużej, więc jeszcze dłużej narażani są na to jakże zabójcze promieniowanie słoneczne. I właśnie tu jest pies pogrzebany. To tysiące lat ewolucji i istnienia rasy na danym kontynencie umożliwiły im życie i przystosowały do obcowania ze słońcem, co widać już po kolorze ich skóry. Tak więc zanim wywołacie w mediach globalny problem, zadajcie sobie, koledzy dziennikarze, pytanie: Czy czasami problemem nie jest jedynie brak innej tematyki, która zadowalałaby żądne sensacji rzesze widzów telewizyjnych. Może przydałoby się przemyśleć niektóre informacje i skonsultować je nawet nie z ekspertem, tylko z uważającym na lekcjach szóstoklasistą, nim pójdą one w eter, wywołując ogólnoświatową kampanię antysłoneczną. My zaś zadajmy sobie pytanie, skąd pochodzimy i dokąd idziemy. A może lepiej - co będzie nam potrzebne tam, dokąd zmierzamy, i czym różnimy się od tych, którzy tam rdzennie zamieszkują. Na przykład kolorem skóry. Jeśli tak, to nie jest to efektem drzemki Pana Boga podczas tworzenia Adama, lecz cechą rasy, do której dany przedstawiciel gatunku należy. Jeśli więc zamierzamy spędzić długi urlop w Afryce lub wyemigrować do Australii, to do końca naszych dni musimy zdawać sobie sprawę z tego, że genetycznie nie jesteśmy do tego przystosowani. Jeśli w odpowiedni sposób dostosujemy nasze życie do tych utrudnionych dla przedstawicieli naszej rasy warunków, to z pewnością uda nam się to życie przeżyć bez ryzyka. Poza kolorem skóry natura wyposażyła nas bowiem w rozum, on umożliwi przekazanie informacji o naszym pochodzeniu następnym pokoleniom, które - podobnie jak my - będą mogły egzystować na Ziemi w pełnej harmonii z naszym wymiarowo największym przyjacielem - Słońcem.