O różnicach pomiędzy europejską i amerykańską branżą solaryjną na podstawie wizyty w salonach MegaTan.
O różnicach pomiędzy europejską i amerykańską branżą solaryjną pisaliśmy dużo w czasopiśmie branżowym SOLARIUM przy okazji relacji z targów w Nashville. Było to jednak spojrzenie na świat producentów i dystrybutorów sprzętu i kosmetyków. Tym razem przyjrzymy się „podstawowej komórce solaryjnej”, czyli po prostu salonowi solaryjnemu. A nawet dwóm salonom.
GO TO MEGA TAN!
Jak szybko znaleźć solarium w mieście, w którym jest się dopiero od paru godzin? Jeżeli byłoby to miasto europejskie wystarczyłoby zapewne przejść się jednym z głównych pasaży i kilka salonów by się znalazło. Ale jesteśmy w mieście amerykańskim i tu pojawia się problem. Coś takiego jak pasaż po prostu nie występuje – tu nie chodzi się piechotą, tu się jeździ samochodem. Jedyna ulica, po której można się przespacerować pełna jest klubów country, knajpek, sklepików – ale solariów nie ma.
Pam
Co robić? Pytać! Ponoć kto pyta nie błądzi. Tu, w Nashville to przysłowie nabiera szczególnego znaczenia. A to za sprawą Pam, przesympatycznej agentki biura handlu nieruchomościami. Spotykamy ją w restauracji – kiedy dowiaduje się, że jesteśmy z Polski, z dumą oznajmia, że zna jedno zdanie po polsku. Zdanie brzmi: Ich liebe dich.... – Naprawdę, to nie po polsku? Minę ma zmartwioną, ale oczy jej się cieszą. Tak naprawdę przecież chodzi tylko o to, żeby pogadać. Po kilku minutach wiemy już skąd pochodzi, co lubi, a czego nie i dlaczego w Tennesee jest czyściej niż w sąsiednim Kentucky. Pytamy, czy w Nashville są jakieś fajne, warte odwiedzenia salony solaryjne. – Jasne! – odpowiada. Chwilę potem próbuje pokazać nam na mapie jak do nich dojechać. – Zgubicie się – mówi zafrasowana. Nie ma szans, nie znacie miasta, będziecie krążyć do jutra. Co robić? – Zawiozę was. I tak nie mam co robić, akurat dzisiaj mam wolne. Na wszelki wypadek pytamy, czy mówi poważnie. - Jak najbardziej! – zapewnia. – Potem będziecie mogli mówić, że spotkaliście starą wariatkę, która woziła was po mieście – śmieje się. Rany, więcej takich wariatek, a życie byłoby dużo sympatyczniejsze.
Mega Tan 1
Po drodze dowiadujemy się, że odwiedzimy dwa największe solaria w mieście, zresztą należące do tego samego właściciela. Po kilkunastu minutach parkujemy przed parterowym pawilonem, niemal na przedmieściach. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to duży napis Mega Tan i urządzenie UWE Sunboard wyeksponowane w oknie jednej z kabin. Jednak widok z zewnątrz nie zapowiada tego, co czeka nas w środku...
W Ameryce wszystko musi być duże. Salon solaryjny nie jest tu wyjątkiem. Jeżeli chodzi o wielkość recepcji, wiele hoteli zostaje w tyle. Odwołanie do hoteli jak najbardziej na miejscu. Długie korytarze z różowymi drzwiami, na drzwiach numerki. 1, 2, 3, 4... i tak do 41. Już wiadomo skąd słowo „Mega” w nazwie. 41 kabin!
Jeff
– Nashville to stosunkowo małe miasto, więcej kabin nie jest potrzebne – tłumaczy Jeff, który jest akurat na zmianie. Źle zrozumiał nasze zdziwienie. Okazuje się, że w Stanach taka liczba kabin nikogo nie dziwi, w Teksasie jest ponoć salon gdzie stoi 260 urządzeń...
Pierwsze pytanie, które ciśnie nam się na usta: Ilu klientów dziennie potrzeba, żeby utrzymać takiego kolosa? Normalnie mamy około 60 klientów – mówi Jeff. W sezonie ta liczba rośnie do 250 – 300 osób. Wtedy oczywiście trzeba co najmniej trzech osób do obsługi salonu.... Jasne.
Fakt, że za ladą w solarium stoi facet nikogo nie dziwi – to normalne. Na wszelki wypadek nie pytamy, czy normalne jest również to, że ten facet ma pomalowane na czarno paznokcie. Niech mu będzie. Ważne, że zna się bardzo dobrze na tym, co robi.
Dyplomy i certyfikaty
Na ścianie zaraz przy wejściu wisi kilkanaście dyplomów i certyfikatów – większość to świadectwa ukończenia odpowiednich szkoleń przez personel salonu. – Nie jest to wymagane przez prawo, ale klienci zwracają uwagę, czy personel jest przeszkolony – mówi Jeff. – To przede wszystkim świadectwo profesjonalnego podejścia do tego, co robimy.
Profesjonalizm faktycznie godny pozazdroszczenia. Jeff bez zająknięcia odpowiada na najbardziej nawet szczegółowe pytania odnośnie procesu opalania, typów lamp, działania kosmetyków i zalet oraz wad poszczególnych urządzeń. Rzeczowo i konkretnie prezentuje ofertę salonu. Zatrzymujemy się przy cenniku, który z początku wygląda co najmniej dziwnie. Po chwili okazuje się, że w tym szaleństwie jest metoda.
Cennik
Wyjaśnianie zawiłości cennika jest zadaniem dość karkołomnym, przede wszystkim ze względu na ilość opcji. Urządzenia podzielone są – w zależności od mocy i komfortu - na 6 różnych klas, każda klasa ma swój własny taryfikator. W ramach każdej klasy możemy wykupić 1, 5, 10 lub 20 sesji (sesja to 10 minut opalania), lub karnet na miesiąc, trzy miesiące, bądź rok.
Najmniej zapłacimy za 10 minut na najprostszym urządzeniu - 7$, miesięczny karnet kosztuje tu 45 $. Z kolei najdroższe jest opalanie na wysokociśnieniowym Matrixie. Miesięczny karnet kosztuje 550 $, a za dziesięciominutową sesję zapłacimy 35$.
Istnieje również możliwość wykupienia pakietu punktów, które można wymieniać na jednostki opalania. Na pierwszy rzut oka wygląda to dość skomplikowanie, ale po czasie staje się jasne i logiczne. Dla chętnych – zdjęcie cennika obok, życzymy miłego rozszyfrowywania. Jedno jednak widać od razu – opalanie jest tu od dwóch do pięciu razy droższe niż w Europie Zachodniej, o Polsce nie wspominając. To wyjaśnia jak możliwe jest utrzymanie ponadczterdziestokabinowego salonu przy 60 klientach dziennie.
Urządzenia
Sunboard kuszący w oknie jednej z kabin sugerował, że urządzenia w tym salonie będą reprezentować sobą poziom co najmniej dobry. I fakt, kilka prezentowało. Na 41 kabin w jednej był wspomniany Sunboard, w dwóch – UWE Silver Bullet, w dwóch – włoski Matrix, a jeżeli chodzi o pozostałe... Cóż, przez grzeczność się nie śmialiśmy. Niektórym łóżkom bliżej było do pierwszej ławki opalającej skonstruowanej przed laty przez Friedricha Wolffa, niż do tego, co spotkać można w średniej klasy salonie w średnim polskim mieście. A „kwiatki” w rodzaju wentylatora w ścianie za urządzeniem, czy radiomagnetofonu jako aparatury nagłośnieniowej po prostu onieśmielały...
Z drugiej jednak strony – to działa. Urządzenia opalają. Wentylator chłodzi. Radiomagnetofon gra. A wszystko kosztuje kilkakrotnie mniej niż wysokiej klasy solaria. W tym szaleństwie też jest metoda.
W salonie była jeszcze jedna kabina opalająca (z metalową siatką zamiast płyt akrylowych, a jakże) i jedna kabina z „natryskiem samoopalającym”. Spytaliśmy jak sprawdza się to ostatnie. – Jest niewielka grupa klientów, którzy z tego korzystają, ale jednak większość woli się opalać tradycyjnie – wyjaśnia Jeff.
Kosmetyki
Pytamy Jeffa ilu klientów solarium używa kosmetyków do opalania. Wygląda jakby nie rozumiał pytania. Powtarzamy mu je na kilka sposobów, a on patrzy na nas jak na idiotów. W końcu zaskakuje – Wszyscy oczywiście – odpowiada. Eeeee.... Jesteśmy trochę zdziwieni. On też jest zdziwiony – to u was jest inaczej? Niestety....
To wyjaśnia tak szeroką ofertę kosmetyków. Półki uginają się pod butelkami i saszetkami kilkunastu różnych marek. Jeff nie wyobraża sobie nawet sytuacji, w której ktoś mógłby wejść do kabiny bez odpowiedniego preparatu. To, jaki kosmetyku klient używa jest jednym z istotnych elementów komputerowej karty klienta. Bo – oczywiście - bez odpowiedniego programu do zarządzania salonem nie można by było prowadzić interesów na taką skalę.
Mega Tan 2
Co tu kryć – jesteśmy lekko zszokowani. Robimy kilka zdjęć i powoli zbieramy się do wyjścia. Czas ucieka, a jest jeszcze jeden salon do odwiedzenia. – Tamten jest fajniejszy, musimy tam pojechać – zapewnia nas Pam. – Poza tym musicie poznać Lisę, dziewczynę, która tam pracuje. Po drodze opowiada nam o Lisie – jak bardzo jest otwarta, ciepła i sympatyczna i jak charakterystyczną ma urodę. – Jest trochę jak Barbie – śmieje się. Dojeżdżamy do salonu, parkujemy obok czerwonego Chevroleta Corvette. – To właśnie jej Corvetta – mówi Pam. Stany to jest jednak fajny kraj. Pracownika solarium stać na taki samochód...
Lisa
Do tej pory nie wiemy, co miała na myśli Pam mówiąc, że ten salon jest fajniejszy. Z zewnątrz faktycznie prezentuje się lepiej, ale w środku to niemal dokładna kopia poprzedniego. Tylko za ladą zamiast Jeffa – Lisa.
Fakt, przypomina trochę Barbie. Opalenizna jak u Michaela Jordana, blond czupryna i wściekły makijaż. Tylko jakoś nie widać tej sympatii, otwartości... Jest nieufna, oschła, nie uśmiecha się... – Dziennikarze – upewnia się. - Zdjęcia? Nie wiem, czy mogę... Chwilę szepczą z Pam, za chwilę Lisa dzwoni... – Do szefa – wyjaśnia szeptem nasza przewodniczka – musi spytać o zgodę. Szef najwyraźniej zgody udzielił. Po odłożeniu słuchawki Lisa uśmiecha się serdecznie, w sekundzie staje się miła i niezwykle sympatyczna. I jakoś dziwnie mało nas obchodzi szczerość jej zachowania.
Bazar?
Czasu nie mamy zbyt wiele, ale wykorzystujemy go, żeby porozmawiać o tym, co umknęło nam podczas wizyty w poprzednim salonie. Mianowicie o te wszystkie kubeczki, świeczki, stroje kąpielowe, okulary przeciwsłoneczne, T-shirty, biżuterię, maskotki, pamiątki... – W Stanach oferowanie takiego asortymentu w solarium jest normalne – wyjaśnia Lisa. – Przecież takie rzeczy jak stroje kąpielowe, okulary przeciwsłoneczne, czy preparaty do opalania na plaży wiążą się bezpośrednio z usługą, którą proponujemy. Ludzie przychodzą tu przygotować skórę do urlopu – przy okazji mogą zakupić to, co będzie im potrzebne na plaży. Inna grupa klientów to ci, którzy opalają się przed imprezami. Jeżeli przy okazji mogą zakupić jakiś miły prezent dla osoby, którą zamierzają odwiedzić, to dobrze. Generalnie – wychodzimy klientowi naprzeciw najbardziej jak to jest możliwe – podsumowuje Lisa. Jest bardzo zdziwiona, kiedy mówimy, że w Europie tego się nie praktykuje. – Dlaczego? Przecież na tym można nieźle zarobić – mówi. No właśnie. Dlaczego?
Lubię ludzi
Rozmawiamy jeszcze chwilę na temat funkcjonowania salonu. Tu, podobnie jak w poprzednim jedną ścianę poświęcono na „wystawkę” certyfikatów i dyplomów. Rozmowa z Lisą utwierdza nas w przekonaniu, że nie są to papiery bez pokrycia. Jej wiedza budzi respekt, właściwie nie ma pytania, na które nie potrafiłaby rzeczowo odpowiedzieć. Krótki obchód po salonie, parę zdjęć... Jest sympatycznie, ale czas jest nieubłagany – trzeba wracać, za dwie godziny jesteśmy umówieni na kolejne wywiady.
Żegnamy się z Pam pod hotelem,, wymieniamy adresy. Niesamowite – poświęciła nam parę ładnych godzin, tak po prostu – nudziło jej się. – Ja generalnie lubię ludzi – tłumaczy. – To była fajna wycieczka, dzięki – rzuca na do widzenia. To my dziękujemy!
red: zdrowe-opalanie.pl