
Solarium, opalanie i wszystko, co jest z tym związane, to tematy, które jakoś nie chcą zniknąć z łamów przeróżnych czasopism (jak się okazuje – nie tylko kobiecych) i portali internetowych. Co jakiś czas częstowani jesteśmy kolejną porcją mniej lub bardziej mądrych informacji. Co jakiś czas w tym (chwilami nudnym) szumie informacyjnym pojawia się coś nieco bardziej interesującego – niestety czasami interesującego w tym bardziej negatywnym znaczeniu. Oto kolejna porcyjka tendencyjnego przeglądu prasy pod kątem nas interesującym.
OBIEKTYWIZM KONTRA HISTERIA
czyli słońce i opalanie w prasie
26 czerwca na portalu Onet.pl ukazał się artykuł z „New York Timesa” zatytułowany „Rak z solarium”. Autorką jest Paula Hunt. Artykuł zaczyna się od informacji, że rocznie 25 milionów Amerykanów odwiedza solaria. I że jedną z nich była niejaka Lindsey, którą zaatakował rak podstawnokomórkowy.
Lindsey, czyli żul Zdzich
Z dalszej części artykułu dowiadujemy się, iż rzeczona Lindsey była typowym przykładem tanorektyczki, na dodatek głupiej. W solarium opalała się 4-5 razy w tygodniu, sesje uatrakcyjniała sobie stosowaniem preparatów z efektem tingle (po 85 $ za opakowanie, co zostało podkreślone). Opalanie w solarium było dla niej tylko dodatkiem do wylegiwania się na słońcu i wizyt na plaży. Przykład ów stał się podstawą do krytyki salonów solaryjnych i opalania w ogóle.
Podawanie takiego przykładu jest oczywiście bardzo medialne – ekstrema sprzedają się nieźle w roli straszaka. Ale czy jest sensowne? To trochę tak, jakby potępiać przemysł spirytusowy, przywołując historię żula Zdzicha, który codzienne spożywanie wódki czystej w miejscu pracy uatrakcyjniał sobie wieczornym popijaniem nalewek pod sklepem i okazyjnym degustowaniem metanolu nabytego od indywidualnego importera Iwana spod Mińska. Na pewno dramatyczny tekst o Zdzichu, który poległ z powodu niewydolności wątroby i utraty wzroku, byłby świetnym wstępem do zmieszania producentów wszelkich alkoholi z błotem – jako siewców zła, śmierci i zepsucia ogólnego. I cóż z tego, że wypicie lampki wina, koniaku czy kufelka piwa jest jak najbardziej zdrowe i pożądane?
Tak samo jest przecież z opalaniem – bezrozumne smażenie się jest idiotyzmem, natomiast okazyjne i rozsądne opalanie się – jak najbardziej w porządku. Tymczasem po raz kolejny autorzy publikacji zamiast prosto i jasno powiedzieć: co za dużo, to niezdrowo – uprawiają apokaliptyczne czarnowidztwo, strasząc i demonizując problem.
Głos branży
Warto w tym miejscu wspomnieć, że w artykule cytowani są przedstawiciele ITA (Indoor Tanning Association), a dokładniej John Overstreet. Wspomina on o witaminie D i pozytywnych aspektach opalania.
Oczywiście argument natychmiast jest kontrowany, że (zdaniem doktora Jamesa M. Spencera) można przecież dostarczać organizmowi witaminy D przy pomocy diety i suplementacji „bez konieczności narażania się na czerniaka”. Niby tak, tylko że te sposoby są daleko mniej skuteczne niż kontakt ze słońcem.
Overstreet wspomina również o tym, że zagrożenia wynikające z kontaktu ze słońcem są o wiele mniejsze niż te wynikające z unikania go. Niestety, autorzy artykułu nie zdecydowali się na rozwinięcie tego wątku, poprzestając na stwierdzeniu, że promotorzy pozytywnych aspektów opalania są w mniejszości wobec głównego „antysłonecznego” nurtu. Nie omieszkali natomiast wspomnieć o tym, że solarium uzależnia, a słowo „czerniak” pojawia się w tekście odpowiednio często, aby solidnie wystraszyć czytelnika.
Rzetelność czy skuteczność?
Nie chcę tu posądzać dziennikarki „NYT” o jakąś spiskową teorię. Ot, chwyciła temat i napisała swoje. Chwała jej za to, że zadała sobie przynajmniej trud przedstawienia argumentów strony solaryjnej, nie poprzestając jedynie na przytoczeniu histerycznych opinii nieprzychylnych opalaniu naukowców. Niestety, nie zmienia to negatywnego wydźwięku tego konkretnego artykułu.
Nie ma dowodów
Na szczęście oprócz takich ogólnikowych publikacji jak ta wyżej przywołana pojawiają się również inne – przyglądające się problemowi bardziej precyzyjnie i przede wszystkim obiektywnie. Jak choćby artykuł o groźnie brzmiącym tytule „Czerniak w kremie” opublikowany w lipcowym numerze tygodnika „Wprost”. Autorka bierze tam na warsztat preparaty plażowe z filtrami przeciwsłonecznymi, które – jak zapewniają ich producenci – zapewniają całkowitą i pełną ochronę przed promieniami UV w każdych warunkach. Jednym z częściej wymienianych zagrożeń, przed którymi rzekomo chronić mają nas preparaty z filtrami UV, jest czerniak. Tymczasem – w opinii cytowanej przez „Wprost” doktor Marianne Berwick z Uniwersytetu New Mexico – nie ma żadnych dowodów na to, że preparaty z filtrami przeciwsłonecznymi rzeczywiście chronią przed powstawaniem czerniaka. Co więcej – nie ma nawet przekonujących dowodów na związek między ekspozycją na promieniowanie słoneczne a czerniakiem – choć oczywiście wykluczyć tego nie można.
Autorka rozprawia się również z demonicznym wizerunkiem czerniaka. Firmy kosmetyczne reklamujące swoje preparaty (których sprzedaż jest źródłem gigantycznych zysków) przedstawiają raka skóry jako niemal epidemię społeczną, coś, co może spotkać dokładnie każdego, kto wystawi kawałek nagiego ciała na słońce. Prawda jest taka, że nowotwory skóry to jedne z najrzadziej występujących form raka. Co więcej – ów demonizowany czerniak to jeden z rzadszych przypadków nowotworu skóry. Najczęściej spotyka się łagodniejsze formy – podstawnokomórkowy i kolczystokomórkowy.
Czynniki ryzyka
W dalszej części artykułu wymieniane są najczęstsze czynniki zwiększające ryzyko zachorowania na czerniaka – czyli poparzenia słoneczne w wyniku krótkotrwałego wystawiania nieopalonej skóry na intensywne słońce i niechronienie przed promieniami zmian dysplastycznych. Częściej czerniaka obserwuje się u kobiet w okresie pokwitania, ciąży i połogu. Najważniejszym czynnikiem ryzyka są jednak geny. Ludzie o jasnej karnacji i – szczególnie – ci, u których w rodzinie wystąpiły przypadki czerniaka, powinni uważać bardziej i skonsultować rzecz z lekarzem.
Złudne bezpieczeństwo
Największym zarzutem pod adresem preparatów z filtrami (albo raczej teorii o ich cudownym działaniu) jest fakt, że dają one złudne poczucie bezpieczeństwa. Producenci zapewniają, że użycie kremu całkowicie zabezpieczy nas przed ryzykiem płynącym z kontaktu ze słońcem. Zmyleni tymi głosami użytkownicy spędzają na otwartym słońcu zdecydowanie za dużo czasu, narażając swoją skórę na przyjęcie dodatkowej dawki promieni UVA, docierających do głębszych warstw skóry i mających działanie kancerogenne. Filtry w kosmetykach chronią przede wszystkim przed UVB, które z rakiem niewiele mają wspólnego. Kosmetyki z filtrami przeciw UVA na rynku pojawiły się stosunkowo niedawno, a ich działanie nie zostało jeszcze dostatecznie dokładnie zbadane. Autorka zwraca również uwagę na różną skuteczność substancji pełniących rolę filtrów w kosmetykach.
Czy to znaczy, że artykuł we „Wprost” sugeruje, żebyśmy w ogóle nie stosowali kosmetyków ochronnych? Nie! Na zakończenie pada bardzo fajne stwierdzenie, które warto zacytować: „Rezygnacja z preparatów ochronnych byłaby takim samym błędem jak unikanie słońca. Należy ich używać choćby po to, by zapewnić skórze odpowiednie nawilżenie i uchronić ją przed podrażnieniami. Podobnie jak inne kremy chronią przed wiatrem i mrozem”.
Obiektywizm górą
Czy artykuł z „Wprost” pochwala opalanie? Czy pisze pozytywnie o słońcu czy branży solaryjnej? Nie. A jednak – dobrze by było, gdyby tego typu publikacje pojawiały się częściej. Dlaczego? Ano dlatego, że to artykuł obiektywny, przedstawiający fakty i opinie. Dlatego, że pozbawiony jest histerii – charakterystycznej choćby dla wcześniej prezentowanej publikacji z „NYT”. I wreszcie – nie robi wrażenia artykułu pisanego na zamówienie jakiegokolwiek lobby. To niestety rzadkość, ale miejmy nadzieję, że będzie takich artykułów coraz więcej.
Red.